online counter Spis moli

Wpisy z tagiem: Marlena de Blasi

sobota, 27 listopada 2010

Jeszcze cieplejsza i przyjemniejsza lektura, niż historia weneckiego życia autorki. Jest to oczywiście dalszy ciąg opowieści zapoczątkowanej książką "Tysiąc dni w Wenecji", w której to rozstajemy się z bohaterami, stojącymi na kolejnym zakręcie wspólnego życia. Otórz mąż pani Marleny postanawia porzucić swoją ciepłą posadę w banku, sprzedać mieszkanie na Lido i spędzić resztę swojego życia w towarzystwie własnej, świeżo poślubionej małżonki i cieszyć się życiem, bez względu na to co ono przyniesie.

"Tysiąc dni w Toskanii" to historia konsekwencji spowodowanych tą jedną decyzją. Państwo de Blasi w poszukiwaniu własnego lokum trafiają w końcu do niedużej miejscowości San Casciano w Toskanii, gdzie wynajmują starą murowaną z kamienia stajnię, przerobioną przez jej właścicieli na dom mieszkalny. Poznają miejscową społeczność i wraz z ludźmi, z którymi nawiązują nić porozumienia zaczynają wieść życie regulowane wschodami i zachodami słońca, jeść to co przynoszą pory roku, poznawać zwyczaje, nowe miejsca, twarze, smaki, zapachy, historię, kulturę. W tę sielskość jednak wplecione są deprecja, ból, niespełniona miłość i śmiertelna choroba, czyli życie po prostu.

Książka niesamowicie zainspirowała mnie kulinarnie. Dawno już odkryłam, że najlepsze potrawy, to proste dania, które najczęściej biorą się z biedy i niedostatku. Ale powieść odkryła przede mną zupełnie inny świat. Ta książka to poniekąd również historia toskańskiej kuchni regionalnej. Czytała się cudownie, lekko, łatwo można się było od niej oderwać i łatwo znów powrócić. Bardzo dobra lektura na długie zimowe wieczory, najlepiej się czyta przy miękkim świetle w towarzystwie kubka z rozgrzewającą herbatą i i ciepełka rozchodzącego się od kominka :)

czwartek, 25 listopada 2010

Bardzo to była przyjemna lektura. Autorka opowiada swoją historię o tym jak pewnego razu, będąc w podróży służbowej w Wencji poznała pewnego tajemniczego Wenecjanina, z którym połączyło ją gorące uczucie. W jesieni swego życia porzuciła dla niego swoje wygodne, ustabilizowane życie w Stanach i przeprowadziła się z całym dobrodziejstwem inwentarza, do jego kawalerskiego mieszkanka na wyspie Lido.

Życie wcale jednak nie okazało się pasmem szczęścia i rozkoszy. Trochę już starsze drzewo, przesadzone w zupełnie inny klimat. Wprawdzie bohaterka i autorka w jednym nie pisze bardzo bezpośrednio o tych smutnych stronach nowego życia, ale dajo to odczuć czytelnikowi. Pozwala nam samym wyciągać wnioski. Czytając tę powieść czułam się trochę tak jak sąsiadka, która trochę wie od innych, trochę widzi, a trochę musi sobie dośpiewać sama.

Wartością dodaną tej opowieści, jest portret charakteru narodowego Włochów. De Balsi, poprzez swoją inność kulturową, osamotnienie i dużą ilość wolnego czasu, potrafiła dostrzec wiele cech Włochów jako narcji, dla nich samych niewidocznych, bo oczywistych. Bardzo barwnie maluje więc ten portret, okraszając go dowcipem i niekłamaną sympatią. Niektóre cechy przyjmuje jako te, które warto posiadać dla własnego szczęścia, niektóre stara się zaakceptować, żeby dało się żyć, ale wiele po prostu ignoruje, przełamując stereotypy. Dzięki temu nawiązuje znajomości i przyjaźnie ze zwykłymi ludźmi i uczy się od nich rzeczy, o których nie mówi się w żadnej szkole.

Powieść ta nie należy może do arcydzieł literatury. Pamiętajmy też przy jej lekurze, że to pierwsza powieść tej autorki, więc pewne grzechy trzeba jej po prostu wybaczyć. Nie ujmuje jej to jednak uroku.

Polecam Wam tę książkę. Jest pogodna i pachnąca. Zachęca do zwiedzania Wenecji bez pomocy biur podróży, do zejścia z utartych wycieczkowych szlaków i zagłębienia się w mieście jakiego nie znajdziemy w przewodnikach.  Jeśli jeszcze jesteście zamiłowanymi piekarzami lub kucharzami, to książka ta z pewnością Was zainspiruje, chociaż dla mnie znacznie większą inspiracją jest jej druga książka, ale o tym kiedy indziej.