online counter Spis moli
poniedziałek, 26 marca 2012

Oto kolejna pisarska próba mojej 11-latki inspirowana książką "Akademia Pana Kleksa" Jana Brzechwy.

 

Przyjaciele z Planety Śmiechu

 

Oto przyjaciele z planety Śmiechu: Rakopies, Ufo-Malufo, Kwiatowiec, Przjaciel Nono, Ufoludek Na Kołach, Ślimo o Wielkich Oczach, But z Włosami i Bączek. Wszyscy żyli w zgodzie i pogodzie. Żadnemu jeszcze nigdy nie poleciała ani jedna łezka (nawet Ślimowi mimo, że miał zapalenie już nawet nie pamiętam czego).

Jednak któregoś pięknego ranka Ufo-Malufo uderzył Kwiatowca a temu odleciał liść (teraz już wiecie co spowodowało trzęsienie Ziemi na Haiti) . Kwiatowiec się zdenerwował walnął Ufo-Malufo a ten wyleciał w przestrzeń kosmiczną. Gdy po długim czasie nie wrócił przyjaciele się trochę zmartwili gdzie on jest. Kwiatowcowi zrobiło się smutno. Teraz po raz pierwszy przyjaciele  zobaczyli łzę. Potężną  łzę, która zleciała w przestrzeń  kosmiczną.  Po chwili rozległ się krzyk ,,Co wy robicie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”. Bez wątpienia był to głos… Ufo –Malufo!!! niemal wrzasnęli przyjaciele. –Gdzie ty byłeś- spytał Rakopies. -Byłem na Marsie-odpowiedział Ufo-Malufo – Tam jest genialnie, po prostu bomba! Lecimy? To teraz przyjaciele zabrali się za robienie autokaru latającego aby polecieć na Marsa.

Gdy skończyli wsiedli do swojego pojazdu i wyruszyli na opisywaną planetę. Po długiej podróży dolecieli. Faktycznie było tu pięknie. Supermarkety, drogie hotele i tanie hotele, place zabaw i pełno kolorowych ufoludków. Weszli do hotelu i wynajęli cztery pokoje. Dla Kwiatowca i Przyjaciela Nono jeden. Dla Rakopsa i Ufo-Malufo drugi. Dla Ślima i Ufoludka Na Kołach trzeci. No i dla Bączka i Buta z Włosami czwarty. Rozpakowali się i wyruszyli do restauracji. Tam spotkali nowych przyjaciół, którzy zaprosili ich do swojego domu. Rozmawiali do późnej nocy.

Dowiedzieli się, że małe ufoludki są różnokolorowe i dopiero gdy mają co najmniej pięćset dwadzieścia lat los wybiera jeden kolor na całe ciało i tak im zostaje aż do śmierci. Po zakończonych rozmowach wyszli na ulicę. Było bardzo ciemno i nie wiadomo było którędy iść do hotelu. Zrobiło się też zimno. Na szczęście ktoś wyszedł im naprzeciw i, ględząc coś po marsjańsku, podał im latarki. Dzięki nim doszli bez trudności do hotelu. Położyli się do swoich łóżek. Rano pierwszy obudził się Ślimo. Po cichutku wyszedł z pokoju. Z recepcji wziął małą trąbkę i wrócił. Zatrąbił i obudził Rakopsa a ten podskoczył jak oparzony i naciągnął na siebie ubranie. Potem Ślimo obudził resztę i poszedł do sklepu po bułeczki. Długo nie wracał bo jest bardzo powolny.

Bułeczki przyniósł na obiad. W dodatku pokoje były pozamykane. Autokaru też nie było. A co najgorsze przyjaciele zniknęli. Spytał recepcjonistkę o pokoje, które zamieszkiwali, a ufoludzka pani powiedziała –Wyjechali dziś rano a co?-. -Nic- powiedział Ślimo i pobladł. Jak oni mogli coś takiego zrobić. Pobiegł do kolegów ufoludków i powiedział co się stało. Na szczęście mieli ufochud i zawieźli go na planetę Śmiechu. A na planecie byli, ale już nie przyjaciele, ale znienawidzone przez Ślima stworzenia. Zebrał swoje rzeczy i przeprowadził się na Ziemię. Obecnie mieszka wygodnie w mojej głowie. Morał baśni? Gdy wybierasz przyjaciół to wybieraj ich z głową.



 



czwartek, 22 grudnia 2011

Z okazji zbliżających się świąt, zamiast życzeń i w podziękowaniu za to, że jesteście - praca domowa mojej 10-letniej córki. Mam nadzieję, że wywoła uśmiech i sprawi, że na ten świąteczny czas wrócą wspomnienia z dzieciństwa, dadzą Wam radość i sprawią, że życie stanie się piękniejsze i prostsze.

 

Mikołajek i choinka

Dziś w szkole z chłopakami strasznie wierciliśmy się na lekcji. Pani spytała dlaczego się tak kręcimy a my odpowiedzieliśmy że dziś zaczynają się ŚWIĄTECZNE FERIE .Tak świąteczne ferie. Ale nie zdążyliśmy wytłumaczyć pani do końca bo zadzwonił dzwonek. Złożyliśmy sobie życzenia i wyszliśmy ze szkoły. Gdy przyszedłem do domu stanąłem w drzwiach kuchni i krzyknąłem do nadchodzącej z kuchni mamy.

-Mamo już jestem!!!!!!!- Mama aż podskoczyła ze strachu i mruknęła- A to szkoda idź się pobawić  do pokoju. I nie plącz mi się pod nogami!- krzyknęła- gdy maczałem palce w roztopionej czekoladzie .Ale poszedłem się pobawić tak jak prosiła mama.

Ledwo zamknąłem drzwi od pokoju usłyszałem trzask drzwi wejściowych .To tata przyszedł z biura ale nie schodziłem aby nie denerwować mamy. Jednak tata zawołał mnie z dołu.

No i poszedłem chociaż nie chciałem. Kiedy zszedłem na dół tata mnie pocałował i kazał znowu iść na górę. Lecz kiedy zamknąłem drzwi usłyszałem krzyk mamy. Pomyślałem że trzeba sprawdzić co się dzieje na dole. Przebrałem się na kremowo tak jak nasze ściany w salonie i zszedłem. Okazało się że wynikiem kłótni była choinka. Był już 21 grudnia a nie było jeszcze choinki. Ja też się zdenerwowałem ale nie chciałem żeby mnie zobaczyli więc schowałem się za firanką .Kiedy tata powiedział że nie miał czasu mama się tak zdenerwowała że zaczęła ściągać firanki i mnie zauważyła a ja się rozpłakałem że wciąż nie ma choinki i że nie będę nic robił przez ferie. W końcu mama krzyknęła – Mikołaj przestań się mazać i się stąd wynoś!!!- Poszedłem do swojego pokoju wciąż płacząc. No bo co w końcu kurczę blade!!! Nie ma choinki to nie ma świąt. Nie ma ubierania choinki to też nie ma świąt. Jak nie ma choinki to nie ma też prezentów. I to jest nie sprawiedliwe. Kiedyś wyjadę stąd bardzo daleko i będę miał mnóstwo choinek i rodzice niech sobie kupują swoją choinkę bo ja im nie dam. Ani jednej. I będzie im strasznie smutno kiedy sobie tak pojadę. Wziąłem  kolejkę elektryczną i zacząłem się  nią bawić. Jest bardzo fajna. Kiedy właśnie taranowałem wagon restauracyjny mama zawołała mnie z dołu. Zszedłem na dół a mama powiedziała że tata idzie kupić choinkę i spytała czy nie chcę iść z nim a ja krzyknąłem że TAK dużymi literami.



 

Praca inspirowana książkami o przygodach Mikołajka Rene Goscinny'ego, napisana przez moją córkę Olę.

wtorek, 23 sierpnia 2011

 

W zeszłym roku na blogu Padmy przeczytałam recenzję Klubu Matek Swatek i zachęcona postanowiłam sięgnąć po lekturę. Jednakże w tamtym czasie tematyka moich lektur krążyła wokół zupełnie  innych rejonów, choć przyznam, że też było romansowo, a nawet romantycznie. Kiedy wreszcie kupka nieprzeczytanych książek skurczyła się do niewielkich rozmiarów, poczułam, że czas aby uzupełnić zasoby. Udałam się do księgarni, a tam... obok Klubu jeszcze dwie inne książki Ewy Stec. Wszystkie  w bardzo atrakcyjnej cenie 9,90 zł. A każdy tytuł intrygujący. Nie namyślając się wiele zapakowałam wszystkie trzy i bardzo dobrze bo okazały się świetna wakacyjną lekturą, lekką i dowcipną.

Klub Matek Swatek - historia kilku podstarzałych mam, które z braku lepszego zajęcia założyły biznes polegający na swataniu niezdecydowanych dzieci swoich bliższych lub dalszych znajomych, a nawet zupełnie obcych ludzi. Biznes idzie jak z płatka, do czasu, gdy podejmują się znaleźć narzeczonego dla córki jednej z bliskich przyjaciółek. I tu zaczynają się schody, bo z Anią nic nie idzie tak jak powinno. Nie dość, że dziewczyna nie zwraca uwagi na podtykanych jej kawalerów, to jeszcze kręcą się wokół niej podejrzane typy, z których przynajmniej jeden nie jest tym za kogo się podaje. Ponadto w powieści roi się aż od nietypowych postaci, spośród których liderką we wszystkich niemal dziedzinach jest sklerotyczna babcia, która notorycznie nie poznaje swojego drugiego męża. Nie przeszkadza jej to bynajmniej, a nawet cieszy. Babcia błyszczy humorem i kreatywnością, wyprzedzając tym o kilka długości swoją własną córkę. Ta z kolei, swą nadopiekuńczością i brakiem poczucia humoru zraża do siebie swoje własne dziecko, a im bardziej chce temu zapobiec tym bardziej jej się nie udaje. Komedia pomyłek zgrabnie połączona z romansem i historią kryminalną, która to na sam koniec stawia czytelnikowi włosy dęba i nie pozwala się oderwać od lektury aż do ostatniej strony.



środa, 06 lipca 2011

Poniżej kopia posta zamieszczonego na blogu Moje Wypieki. Pomyślałam sobie, że może warto go zamieścić. Niech wieść się niesie...

"Witam serdecznie!

Piszę do Pani z ogromną prośbą. Niedaleko nas, wśród codziennych spraw i zwykłych ludzkich trosk, żyje mały dzielny Żołnierzyk. Żołnierzyk, który ma w sobie ogromne pokłady energii i wielką wolę walki. Ma dopiero 5 lat, ale doskonale wie, czym jest cierpienie i walka o każdy dzień... Michałek od 3 lat walczy z nowotworem złośliwym- neuroblastomą...

W Polsce wyczerpały się możliwości leczenia dla naszego Misia- jedyną nadzieją dla chłopca jest konsultacja i leczenie w zagranicznych klinikach... Niestety, wiąże się to z ogromnymi kosztami... Michałek pochodzi z ubogiej rodziny, mieszka wraz z rodzicami i dwójką rodzeństwa w jednym pokoju z kuchnią i łazienką w małej wiosce na Lubelszczyźnie... Tej rodzinie potrzebna jest nasza pomoc- sami sobie nie poradzą...

Kilka dni temu TVP Lublin wyemitował wzruszający reportaż o Michałku. Można go zobaczyć tutaj: http://www.tvp.pl/lublin/reportaze/zdarzenia-magazyn-reporterow/wideo/22-czerwca-2011/4738021

Zapadła decyzja o konsultacji Michałka w klinice w Kolonii. Żeby Michałek mógł wyjechać na badania, na konto kliniki trzeba było wpłacić z góry 10.000 Euro. W ciągu kilkunastu dni, dzięki wielu wspaniałym osobom, udało się zebrać całą kwotę. Michałek dziś jest już w Niemczech. Na jutro zaplanowana jest pierwsza konsultacja u prof. Bertholda. Jeśli Profesor podejmie się leczenia Michałka, na konto kliniki trzeba będzie przelać w krótkim czasie ogromną sumę pieniędzy...

Uprzejmie proszę, w imieniu Michałka, jego rodziny oraz wszystkich wspaniałych osób, które włączyły się do walki o życie Misia o zaapelowanie do czytelników o pomoc dla naszego dzielnego Żołnierzyka... Mamy bardzo mało czasu... Nie pozwólmy, żeby pieniądze zdecydowały o życiu Misia...

Podaję link do bloga Michałka na którym znajdują się aktualne informacje: http://www.michalekromaniuk.blogspot.com/

oraz namiary na Fundacje Michałka:

Fundacja z Uśmiechem: http://www.zusmiechem.free.ngo.pl/?michal,86

Niemiecka Fundacja Ein Recht auf Leben:  http://www.ein-recht-auf-leben.de/1-Startseite/164,Michals-letzte-Chance.html

 

Będziemy bardzo wdzięczni za pomoc w nagłośnieniu apelu....

Pozdrawiam serdecznie

emi"





niedziela, 26 grudnia 2010

Tegoroczna Gwiazdka w moim domu okazała się wyjątkowym molem książkowym. Sypnęła książkami wszelkiej maści, każdemu według zainteresowań. Dla mnie miała w zanadrzu coś mnie do czytania, a bardziej do oblizywania: grubą i piękną "Złotą Księgę Czekolady". Wprawdzie nie jestem jej wielkim smakoszem (wiem, wiem, narażam się), ale być może zmienię swoje nastawienie po wypróbowaniu kilku najśmielszych przepisów w stylu "jagnięcina w sosie czekoladowym" :) A te fotografie...

 

środa, 22 grudnia 2010

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, oraz nadchodzącego Nowego Roku, wszystkim moim blogowym gościom chciałabym życzyć dużo miłości, ciepła i zrozumienia, prostych dróg i pomocnych dłoni, rozwiązania nierozwiązanych spraw, spłacenia niespłaconych długów i tego wszystkiego, bez czego Wasze życie nie ma większego sensu.

wtorek, 07 grudnia 2010

Dobrze, że nadchodzą święta, bo ostatnio po okresie lekkiej posuchy, szybko wydłuża się lista książek, które koniecznie muszę przeczytać. Jeszcze nie mam ich w swojej bibliotece, ale lada moment się pojawią. Zapewne nie zdążę przeczytać wszystkiego jeszcze w tym roku, ale cieszy mnie to ogromnie, że ciągle mam wybór. Wybór bardzo duży i szalenie ciekawy.

Wczoraj słuchając lokalnej stacji radiowej natknęłam się na reportaż o miejscowości Dobratycze położonej na Białorusi. Miejscowość ta jest miejscem w którym rozgrywa się akcja powieści "Miasto ryb" Natalki Babiny. Jest to paradokumentalna opowieść o życiu i zwyczajach ludzi tam zamieszkujących, niepozbawiona wartkiej akcji z kryminalnym wątkiem w tle. Reportaż, którego wysłuchałam wzbogacony był fragmentami powieści i rozgrzał moją ciekawość do czerwoności. Jest to lektura, której nie można pominąć.

Następną lekturą obowiązkową jest książka "Jedz, módl się i kochaj" Elizabeth Gilbert. Wprawdzie książka budzi skrajne emocje i liczę się z tym, że podzieli los powieści Juli Powell "Julie i Julia", ale dam jej szansę. Ostatecznie okazać się może, że ekranizacja jest lepsza niż pierwowzór książkowy. Książka juz kupiona i czeka na półce.

Na polskim rynku pojawiło się też tłumaczenie pierwszej powieści Carlosa Ruiz Zafon  "Książę Mgły". Do tej powy mieliśmy okazję czytać jego trzy ostatnie powieści: "Cień wiatru", "Grę anioła" i "Marinę". Wszystkie stały się bardzo poczytne. Zobaczymy jak będzie w tym przypadku. Zafon napisał jeszcze dwie powieści które, póki co nie doczekały się tłumaczenia na język polski. Być może na fali dotychczasowych sukcesów pojawią się na naszym rynku jeszcze i te dwie. "Książę Mgły" juz na mnie czeka.

Kolejną pozycją, która koniecznie musi znaleźć miejsce w domowej bibliotece jest "Podróżnik WC" Wojciecha Cejrowskiego. Bardzo lubię styl i sposób w jaki Wojciech Cejrowski obserwuje i opisuje świat. Nie ominę więc tej pozycji.

niedziela, 28 listopada 2010

W zanadrzu, choć jeszcze nie kupiłam, mam już kolejną autorkę, a tym samym kolejne tomy do pochłonięcia. Tym razem jest to Antonina Kozłowska i jej, jak na razie trzy powieści:

"Trzy połówki jabłka"
"Czerwony rower" i
"Kukułka"

No i w związku z tym czekają mnie kolejne wydatki. Mam też problem od której powieści zacząć.

sobota, 27 listopada 2010

Jeszcze cieplejsza i przyjemniejsza lektura, niż historia weneckiego życia autorki. Jest to oczywiście dalszy ciąg opowieści zapoczątkowanej książką "Tysiąc dni w Wenecji", w której to rozstajemy się z bohaterami, stojącymi na kolejnym zakręcie wspólnego życia. Otórz mąż pani Marleny postanawia porzucić swoją ciepłą posadę w banku, sprzedać mieszkanie na Lido i spędzić resztę swojego życia w towarzystwie własnej, świeżo poślubionej małżonki i cieszyć się życiem, bez względu na to co ono przyniesie.

"Tysiąc dni w Toskanii" to historia konsekwencji spowodowanych tą jedną decyzją. Państwo de Blasi w poszukiwaniu własnego lokum trafiają w końcu do niedużej miejscowości San Casciano w Toskanii, gdzie wynajmują starą murowaną z kamienia stajnię, przerobioną przez jej właścicieli na dom mieszkalny. Poznają miejscową społeczność i wraz z ludźmi, z którymi nawiązują nić porozumienia zaczynają wieść życie regulowane wschodami i zachodami słońca, jeść to co przynoszą pory roku, poznawać zwyczaje, nowe miejsca, twarze, smaki, zapachy, historię, kulturę. W tę sielskość jednak wplecione są deprecja, ból, niespełniona miłość i śmiertelna choroba, czyli życie po prostu.

Książka niesamowicie zainspirowała mnie kulinarnie. Dawno już odkryłam, że najlepsze potrawy, to proste dania, które najczęściej biorą się z biedy i niedostatku. Ale powieść odkryła przede mną zupełnie inny świat. Ta książka to poniekąd również historia toskańskiej kuchni regionalnej. Czytała się cudownie, lekko, łatwo można się było od niej oderwać i łatwo znów powrócić. Bardzo dobra lektura na długie zimowe wieczory, najlepiej się czyta przy miękkim świetle w towarzystwie kubka z rozgrzewającą herbatą i i ciepełka rozchodzącego się od kominka :)

czwartek, 25 listopada 2010

Bardzo to była przyjemna lektura. Autorka opowiada swoją historię o tym jak pewnego razu, będąc w podróży służbowej w Wencji poznała pewnego tajemniczego Wenecjanina, z którym połączyło ją gorące uczucie. W jesieni swego życia porzuciła dla niego swoje wygodne, ustabilizowane życie w Stanach i przeprowadziła się z całym dobrodziejstwem inwentarza, do jego kawalerskiego mieszkanka na wyspie Lido.

Życie wcale jednak nie okazało się pasmem szczęścia i rozkoszy. Trochę już starsze drzewo, przesadzone w zupełnie inny klimat. Wprawdzie bohaterka i autorka w jednym nie pisze bardzo bezpośrednio o tych smutnych stronach nowego życia, ale dajo to odczuć czytelnikowi. Pozwala nam samym wyciągać wnioski. Czytając tę powieść czułam się trochę tak jak sąsiadka, która trochę wie od innych, trochę widzi, a trochę musi sobie dośpiewać sama.

Wartością dodaną tej opowieści, jest portret charakteru narodowego Włochów. De Balsi, poprzez swoją inność kulturową, osamotnienie i dużą ilość wolnego czasu, potrafiła dostrzec wiele cech Włochów jako narcji, dla nich samych niewidocznych, bo oczywistych. Bardzo barwnie maluje więc ten portret, okraszając go dowcipem i niekłamaną sympatią. Niektóre cechy przyjmuje jako te, które warto posiadać dla własnego szczęścia, niektóre stara się zaakceptować, żeby dało się żyć, ale wiele po prostu ignoruje, przełamując stereotypy. Dzięki temu nawiązuje znajomości i przyjaźnie ze zwykłymi ludźmi i uczy się od nich rzeczy, o których nie mówi się w żadnej szkole.

Powieść ta nie należy może do arcydzieł literatury. Pamiętajmy też przy jej lekurze, że to pierwsza powieść tej autorki, więc pewne grzechy trzeba jej po prostu wybaczyć. Nie ujmuje jej to jednak uroku.

Polecam Wam tę książkę. Jest pogodna i pachnąca. Zachęca do zwiedzania Wenecji bez pomocy biur podróży, do zejścia z utartych wycieczkowych szlaków i zagłębienia się w mieście jakiego nie znajdziemy w przewodnikach.  Jeśli jeszcze jesteście zamiłowanymi piekarzami lub kucharzami, to książka ta z pewnością Was zainspiruje, chociaż dla mnie znacznie większą inspiracją jest jej druga książka, ale o tym kiedy indziej.

 

 
1 , 2 , 3 , 4